O tym, jak mi jeden kartkę przyniósł

O tym, jak mi jeden kartkę przyniósł

Ta historia jest o tym, jak wkraczałem w bezwzględny świat… polityki?! Uśmiecham się, bo śmiesznie ta „polityka” brzmi w lokalnym, miejskim wydaniu.

Pojawił się pewnego popołudnia, prosząc o spotkanie w sprawach, które nie mogą czekać ani chwili dłużej. Znany i wciąż, ku memu zdziwieniu, aktywnie uczestniczący w naszym życiu polityk przyniósł kartkę. To znaczy listę zwolnień i awansów. Oczekiwanie było proste, jesteś prezydentem to zmieniasz urząd i wszystko dookoła. „Tego zwolnij, bo z komuny, tego przyjmij, bo nasz”, inny jeszcze bardziej nasz, więc awansuj. A tamten nie pasuje.  A wszystko to spisane na kartce.

Wytrzeszczam oczy. Wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością. Patrzę na tę kartkę i nie wiem co powiedzieć. To takie pierwsze uderzenie między oczy, inaczej mówiąc, coś po czym można się nie podnieść. On dociskał, że tak trzeba, że tak się robi, a ja siedziałem i słuchałem. Nawet nie pamiętam, co wówczas odpowiedziałem. Intuicyjnie – bo na tak zwany zmysł polityczny było zbyt wcześnie – poprosiłem o tę kartkę, a tenże wręczył mi ją.

Dziś patrzę na nią czasem, widzę ludzi którzy mieli być zatrudnieni, kto za kogo i tak myślę sobie jak potoczyłaby się historia, gdybym wtedy to polecenie wykonał?